|
|
1980-22lata po Zadymie - 11/05/2002 20:21
LECH FANFinał Pucharu Polski w 1980 r. w Częstochowie
Krzysztof Piech (10-05-02 17:31)
Dla szalikowców z Poznania i Warszawy ten mecz jest legendą. Kto widział go na żywo - przeszedł do panteonu kibicowskiej sławy. Od "Częstochowy" minęły 22 lata.
Maj 1980 r. Powoli dobiega kresu dekada rządów Edwarda Gierka. W zakładach pracy Wybrzeża, Śląska, i innych regionów kraju nasilają się strajki - ich kulminacja nastąpi trzy miesiące później.
Wiosną 1980 r. wiadomo było, że reprezentacja Polski w piłce nożnej nie zagra w finałach mistrzostw Europy, a eliminacje kolejnych mistrzostw świata jeszcze się nie zaczęły. Po mistrzostwo coraz pewniej zmierzały... Szombierki Bytom. Lech Poznań, który grał w ekstraklasie od ośmiu lat, jeszcze nigdy nie był mistrzem kraju. Legia nie zdobyła tytułu od prawie 10 lat.
"Specjal" goni wroga
Dla obu ekip finał Pucharu Polski był zatem bardzo ważny. Legia liczyła na powrót do dawnej sławy. Lech - na start w europejskich pucharach.
Finał rozgrywek wyznaczono w Częstochowie, na Stadionie Miejskim (dziś swoje mecze rozgrywa tam klub żużlowej ekstraligi Włókniarz Częstochowa). Nigdy dotąd w tym mieście nie odbyła się tak wielka impreza piłkarska. Miasto nie przeżyło też takiej inwazji kibiców, i to dwóch nienawidzących się grup...
9 maja (w Dzień Zwycięstwa) w Częstochowie stawiło się może nawet 15 tys. fanów z Poznania i co najmniej 10 tys. z Warszawy. Docierali oni głównie pociągami (Biuro Turystyczne Przemysław zorganizowało specjalny pociąg z Poznania z kilkunastoma wagonami piętrowymi), autobusami i na własną rękę.
Pierwsi do Częstochowy dotarli kibice Legii. Grasowali po mieście od rana. Byli jednak mniej liczni niż poznaniacy. - Kiedy nasz pociąg wjechał na stację w Częstochowie, czekała tam już Legia. Chcieli nas zaatakować na powitanie, ale kiedy zobaczyli wylewające się z wagonów tłumy, natychmiast uciekli - wspomina Dariusz Godlewski, wtedy 18-latek, dziś znany poznański lekarz.
Pogoń, czyli Polonia
Utarczki między kibicami zaczęły się jednak już przed przyjazdem pociągu z Poznania. Wałęsające się po Częstochowie od rana pojedyncze grupy kibiców, także z klubów zaprzyjaźnionych z Lechem lub Legią, potykały się na ulicach Częstochowy od rana. Rozpoznawali między sobą wrogów lub przyjaciół, choć nie było to łatwe. - To były czasy, gdy nie było gadżetów, które mogliby nosić kibice. Mieliśmy tylko małe flagi w barwach klubowych i szaliki robione na drutach przez babcie i dziewczyny - opowiada Tomek, wówczas 14-letni fan Legii, a dziś wysoki funkcją pracownik znanej państwowej firmy w Warszawie. - Szliśmy ulicą w kilkunastoosobowej grupie, gdy naprzeciwko zobaczyliśmy znacznie większą ekipę w niebiesko-czerwonych szalikach. Ucieszyliśmy się, że to kibice zaprzyjaźnionej z nami Pogoni i śmiało ruszyliśmy w ich stronę. Ale tamci na nas ruszyli i nie mieli wcale przyjaznych zamiarów. Okazało się, że to grupa zaprzyjaźnionych z Lechem kibiców Polonii Bytom, a Polonia ma takie same barwy jak Pogoń. Długo nas wtedy gonili: zatrzymaliśmy się dopiero przy dużej stercie kontenerów z pustymi butelkami po mleku. Po kilku sekundach nic z tej sterty nie zostało - butelkami odparliśmy atak Polonii.
Kiedy główna grupa poznańska dotarła pod stadion, legioniści byli już na obiekcie. - Masa ludzi czekała na przepuszczenie przez wąską furtkę. A te osoby, które już przeszły przez bramkę, były łatwym celem dla fanów Legii, którzy rzucali w nich z góry, czym popadło. Po chwili wyważona została brama wjazdowa, a mniej liczna Legia z myśliwego stała się zwierzyną i musiała się ewakuować ze stadionu.
Zagrożona transmisja
Zamieszki przeniosły się w okolice stadionu, także na pobliskie osiedle. Tam regularna bitwa trwała dobre dwie godziny. - Do dziś mam przed oczami taki obrazek: na chodniku ktoś leży, chyba dziewczyna, bo widziałem długie włosy - opowiada Tomek. - Obok stoi nysa pogotowia ratunkowego, a nad leżącą postacią uwija się kilka osób w białych kitlach. W pewnym momencie jedna z tych osób powoli wstaje i w bardzo wymowny sposób, ze zrezygnowaniem, macha ręką. I po chwili wszyscy inni lekarze i sanitariusze powoli wstają i zaczynają zbierać narzędzia. Następnego dnia w którejś z gazet przeczytałem wzmiankę o 18-letniej dziewczynie z Częstochowy stratowanej przez tłum. Nie wiem, czy tę właśnie zabitą osobę widziałem, a wycinek z gazety też się gdzieś zawieruszył...
Zamieszki były już tak duże, że krótko przed meczem pojawiło się zagrożenie, że nie dojdzie do skutku transmisja telewizyjna. - Na koronie stadionu organizatorzy meczu i przedstawiciele telewizji negocjowali z kibicami Legii i Lecha. A nad ich głowami wciąż latały butelki, kamienie i kawałki ławek. W końcu transmisję przeprowadzono - mówi Godlewski.
Sytuacja wymykała się spod kontroli. Szalikowcy przejęli wręcz kontrolę nad częścią miasta. Uczestnicy meczu zgodnie opisują kompletną bezradność policji. - Nikt nad tym bałaganem nie panował - twierdzi Godlewski. - Skala zamieszek przerosła oczekiwania wszystkich - dodaje Tomek. Dopiero po kilku godzinach do miasta dotarły milicyjne posiłki z ościennych województw (głównie ze Śląska). W trakcie meczu zwaśnione grupy rozdzielał kordon żołnierzy służby zasadniczej.
Bilans ofiar
Po latach trudno ustalić, jaki był bilans ofiar wśród kibiców z obu miast, ile osób zostało rannych, czy były ofiary śmiertelne. Informacje te tuszowano. - Dokumentów dotyczących tego meczu nie ma, zniknęły z archiwów Komendy Wojewódzkiej MO w Częstochowie przed 1989 r. - dowiedzieliśmy się w częstochowskiej policji. - Ciężko było wyciągnąć informacje o skutkach zajść od milicji i ze szpitali - wspomina Marek Lubawiński, wtedy dziennikarz "Gazety Zachodniej" (dzisiejszej "Gazety Poznańskiej"). Zdaniem świadków wydarzeń rannych było wiele więcej niż wskazują oficjalne raporty. Na temat ofiar narosło jednak wiele legend, przekazywanych z ust do ust. Nie ma dowodów na jakiekolwiek ofiary śmiertelne, ale nie można wykluczyć, że część ustnych opisów, w których autorzy twierdzą, iż widzieli trupy, jest prawdziwa. Nigdy wcześniej i nigdy później w historii Polski nie doszło do tragedii na stadionie, w której masowo ginęliby ludzie, tak jak na Heysel czy Hillsborough.
- Karetki kursowały non stop, a wiele osób opatrywano na miejscu - opisuje Godlewski. - Gros osób w ogóle nie korzystało z pomocy służb medycznych: kolega odciągał kolegę, prowizorycznie opatrywał mu ranę i po chwili wracali się tłuc. Pamiętam też, jak wyglądały trybuny stadionu Lecha podczas rozgrywanego kilka dni później meczu ze Śląskiem. Na trybunach więcej było szalików Legii niż Lecha, bo każdy chciał się pochwalić zdobyczą, a liczba osób w opatrunkach na głowach powodowała, że stadion wyglądał jak sanatorium na przepustce.
Butelkowe pociski
Poznańskie i ogólnopolskie media bardzo wstrzemięźliwie informowały o bilansie częstochowskich zamieszek. W niektórych tytułach pojawiły się kilkuzdaniowe wzmianki o zajściach. Z rzadka można było przeczytać dłuższe opisy.
"Tu i ówdzie na koronie stadionu dochodzi do drobnych potyczek. Są pierwsze ofiary. Przyglądam się starszemu panu. Ma zakrwawioną głowę. Po chwili opiekę nad nim roztoczyli sanitariusze. Karetki pogotowia ratunkowego kursują na linii stadion - szpital. Lekarze mają pełne ręce roboty. Są osoby ciężko ranne.
W pewnej chwili dochodzi do walki na odległość. Z jednej i drugiej strony zaczynają lecieć butelki od piwa, pepsi, wódki i wina. Nie brak kamieni. Jeden z kibiców dostaje cios kamieniem w oko. Zaczyna się robić coraz niebezpieczniej. ofiarami padają spokojni kibice. Służba porządkowa nie interweniuje. Jest jej za mało. Sektory kibiców pustoszeją. Każdy ucieka przed butelkowymi pociskami.
Po meczu ktoś wspomniał o ofiarach śmiertelnych. Faktem natomiast jest, że lekarze w szpitalu opatrzyli kilkadziesiąt osób. Były wśród nich przypadki ciężkich obrażeń. Wydaje się, że od czasu najazdu szwedzkiego Częstochowa nie przeżywała takich chwil grozy" - pisał 12 maja w "Gazecie Zachodniej" Zbigniew Kubiak.
Zabrakło "Okonia"
Na boisku nie było niespodzianki - faworyzowana Legia nie dała "Kolejorzowi" szans. Przez pierwsze 20 minut meczu Lech stawiał opór rywalom. Kiedy jednak w 23. min Marek Kusto zdobył prowadzenie dla wojskowych, defensywa Lecha rozsypała się. W 34. min na 2:0 wynik podwyższył Mirosław Okoński (powołany do Legii do odbycia służby wojskowej), a po chwili było już 3:0 - gola strzelił Adam Topolski. Jeszcze w 45. min po zagraniu ręką warszawskiego obrońcy w polu karnym przed szansą zdobycia honorowego trafienia stanął Romuald Chojnacki, ale Jacek Kazimierski obronił wykonywany przez niego rzut karny. Po przerwie warszawiacy w ciągu trzech minut zdobyli dwie kolejne bramki. Zdobywcami goli byli Witold Sikorski i, po raz drugi, Kusto.
- Przykro mi, że finał wypadł dla nas w tak niekorzystnej sytuacji, gdy mieliśmy mocno wyszczerbioną drużynę. Brakowało Okońskiego, który przy tym wzmocnił rywala, ponadto nie było Teodora Napierały. Niemniej legioniści zagrali bardzo dobrze i puchar dostał się im zasłużenie - mówił po meczu Wojciech Łazarek.
Okazja do rewanżu nadarzyła się bardzo szybko: 18 maja na Stadionie Wojska Polskiego Legia podejmowała Lecha w meczu ligowym. Zdobywcy Pucharu zagrali bardzo słabo, ale znów pokonali poznaniaków (1:0).
Na zdobycie Pucharu Polski kibice Lecha musieli poczekać jeszcze dwa lata.
LECH POZNAŃ 0 (0)
LEGIA WARSZAWA 5 (3)
Bramki: Marek Kusto (23., 57.), Mirosław Okoński (34.), Adam Topolski (38.), Witold Sikorski (54.).
LECH: Mowlik - Pawlak, Szewczyk, Grześkowiak, Barczak, Krawczyk, Piekarczyk, Woliński (46. Grobelny), Stelmasiak, Chojnacki, Szpakowski (26. Marchlewicz).
LEGIA: Kazimierski - Topolski, Janas, Majewski, Milewski, Załężny, Kakietek, Baran, Kusto, Sikorski, Okoński.
9 maja 1980 r.
Stadion Miejski w Częstochowie
DROGA LECHA DO FINAŁU
30.09.1979 r. 1/16 finału: Radomiak Radom - Lech 1:2 (0:1). Bramki dla Lecha: Stelmasiak 2
7.11.1979 r. 1/8 finału: Lech - Wisła Kraków 1:0 (1:0). Bramka: Stelmasiak
21.11.1979 r. 1/4 finału: Polonia Bytom - Lech 1:2. Bramki dla Lecha: Woliński, Milewski
19.03.1980 r. 1/2 finału: ŁKS Łódź - Lech 1:2. Bramki dla Lecha: Teodor Napierała 2
FELIETON W GAZECIE POZNAŃSKIEJ (10 MAJA)
Kilku niepoprawnych optymistów liczyło, że w finałowym meczu nie wystąpi były piłkarz Lecha Okoński, który w przerwie między rozgrywkami przeszedł do Legii, lecz przypuszczenia te okazały się bezpodstawne. Faktem jest, że kiedyś panował dżentelmeński zwyczaj niewystawiania zawodnika powołanego do służby wojskowej do meczu przeciw jego byłym kolegom, lecz dżentelmenerii w naszym futbolu jest już coraz mniej, jeżeli jeszcze w ogóle istnieje.
NOTKA W GAZECIE POZNAŃSKIEJ (12 MAJA)
W związku z plotkami krążącymi po Poznaniu na temat zajść podczas pucharowego meczu Lech - Legia, połączyliśmy się wczoraj po południu z oficerem dyżurnym Komendy Wojewódzkiej MO w Częstochowie. Stwierdził on, że w wyniku bójek na stadionie 22 osoby odniosły obrażenia i zostały odwiezione do szpitala. Rozmawialiśmy również z lekarzem dyżurnym oddziału chirurgii urazowej Szpitala Wojewódzkiego. Uzyskaliśmy informację, że na dalszym leczeniu pozostają trzy osoby.
Wersja do druku Wyślij znajomym Podyskutuj na forum
Inne informacje o Lechu Poznań
|
LECH FAN
|
|