|
|
Odp: dariusz d pilkarz amiki potracil smiertelnie przechodnia na ulicy gdanskiej! - 23/07/2003 11:39
A OTO WYWIAD JAKI SIE UKAZAL NA STRONIE SPORTS.PL ZDARIUSZEM DUDKA CIEKAWA LEKTURA!W nocy z 29 na 30 maja w okolicach Szczecina doszło do tragicznego wypadku. Wypadku, który przerwał życie jednego człowieka i zniszczył drugiego. Dzień później o sprawie było już głośno w całej Polsce. Sprawcą wypadku był Dariusz D., piłkarz Amiki Wronki, który – jak wykazały badania – miał we krwi blisko promil alkoholu. Każdy kibic wiedział, kto się kryje za literą D. Dziś Dariusz Dudka (na zdj.) jest wciąż piłkarzem Amiki, choć w pewnym momencie pojawiła się informacja o rozwiązaniu z nim kontraktu.
Później karę zawieszono, aż do wyroku. Wyroku, na który Dudka cały czas czeka...
Darek to sympatyczny, młody chłopak. Chętnie zgodził się na wywiad, choć od początku wiedział, że nie czeka go sympatyczna rozmowa o tak banalnych sprawach jak zawalony mecz, strzelony gol czy kłótnia z trenerem. Czekała go rozmowa o życiu i śmierci. Rozmowa, na którą wielu starszych od niego nie byłoby gotowych. Jednak Dudka młody jest tylko wiekiem. Podjął rękawicę.
– Nie mogłem pojechać z chłopakami na obóz do Niemiec, bo nie mogę opuszczać kraju, przez co na pewno sporo stracę, nie będę zgrany. Mam jednak nadzieję, że gdy koledzy wrócą ze zgrupowania, to zdołam pokazać się na tyle, że będę grał. Rozmawiałem z trenerem i powiedział mi, że jeśli będę ciężko trenował, to będzie mnie brał pod uwagę przy ustalaniu składu – zaczął Dudka. Młody zawodnik nie ma do nikogo pretensji, rozumie, że jego wyjazd mógłby zostać źle odebrany.
– rzez chwilę nawet nie miałeś klubu. Amica zapowiedziała rozwiązanie z tobą umowy.
–Tylko, że ja wtedy miałem w głowie co innego, nie koncentrowałem się na piłce. Chciałem tylko wyjść z sytuacji, w jakiej się znalazłem. A z czasem na szczęście Amica przyjęła mnie z powrotem. Na tych samych warunkach.
–Nie uciekniemy od tego tematu. Możesz opowiedzieć o wypadku?
– Byłem na dyskotece, wypiłem ze trzy piwa. Wracałem z Bartkiem Ławą taksówką, do niego do domu. Dojechaliśmy około godziny czwartej, posiedzieliśmy z godzinkę i około piątej wyszedłem i wsiadłem w samochód. Na 5.30 byłem umówiony u rehabilitanta. Nie spieszyłem się specjalnie. Jechałem prawym pasem, tym najwolniejszym. Pamiętam, że obok mnie jechały dwa inne samochody, mniej więcej równo. Gdy dojechaliśmy do późniejszego miejsca wypadku, mieliśmy zielone światło. Niespodziewanie jakiś człowiek wbiegł do połowy jezdni i... cofnął się. Próbowałem ominąć go, odbić, ale nie miałem możliwości. Uderzyłem w krawężnik, koło mi odpadło.
– Gdyby nie te kilka piw...
–Nie, to moim zdaniem nie miało żadnego związku, nie mogłem nic zrobić. Każdemu mogło się to zdarzyć. Zdarzyło się mnie.
– Człowiek, który na czerwonym świetle przebiegał przez jezdnię, miał podobno blisko cztery promile alkoholu we krwi.
–...
– Co stało się później?
– Wybiegłem z samochodu i ruszyłem w kierunku tego człowieka. Akurat nadjeżdżała policja. Szczęście, że ten, który jechał koło mnie, z lewej strony, zatrzymał się i szybko zadzwonił po pogotowie. Ten człowiek jeszcze żył. Policja powiedziała, aby go nie dotykać, bo możemy go uszkodzić. Słyszałem jak oddychał. Kiedy przyjechała karetka, mniej więcej po piętnastu minutach, umarł.
– Miałeś obawy, gdy policja badała cię alkomatem?
– W ogóle o tym nie myślałem, nie czułem się pijany.
W oczach Darka pojawiają się łzy. Przestaje mówić. Stara się wytrzeć tych kilka kropelek w sposób dyskretny, tak aby nie było widać, że płacze. Jednak to widać. Opowiadanie o wypadku to dla niego katorga.
– To wszystko – rzuca po chwili.
– Po przebadaniu cię policjanci zaczęli cię inaczej traktować?
– Najpierw do mnie przybiegli i pytali, czy ze mną wszystko w porządku. A potem nie mogli uwierzyć, że mam coś we krwi. „Człowieku, jesteś pijany, piłeś coś?!” –zapytali. „Wypiłem wczoraj ze trzy piwa” –powiedziałem. Zaczęły się przesłuchania.
–Byłeś dobrze traktowany przez policję?
– Tak, byli bardzo w porządku.
–Wiedzieli, że jesteś piłkarzem?
– Przy samym wypadku nie. Ci w szpitalu wiedzieli, bo wokół sprawy zrobiło się głośno.
– Później jechałeś tą samą trasą?
– Jechałem, w drodze powrotnej. Spuściłem głowę, nie patrzyłem wokół. Myślałem o tym wypadku cały czas, przez miesiąc. Nadal myślę.
– Masz koszmary?
– Nie, po prostu możemy tak sobie tu siedzieć i nagle mam moment, kiedy sobie wszystko przypominam.
– Przecież nie mogłeś tego wypadku uniknąć.
– Śmierć człowieka. Zawsze można coś zrobić lepiej.
Darek znów płacze. Może nie płacze, ale w każdym razie znów w jego oczach widać łzy. I znów szybko kończy zdanie. Przestaje mówić. Siedzimy w klubowej restauracji we Wronkach, z okien widać boisko. Młody zawodnik patrzy w tamtym kierunku, choć na pewno nie myśli o piłce. Po prostu patrzy gdzieś w dal.
– Lubisz dyskoteki? –przerywamy milczenie.
– Nie przepadam. Jak pójdę raz na dwa czy trzy miesiące, to jest dużo. To nie jest mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Wtedy poszedłem.
– Leżałeś w szpitalu. Co się stało?
– Miałem pociętą twarz, szkło w oku, mocno zbity bark. Teraz już wszystko jest w porządku. Na twarzy została tylko jedna, delikatna blizna. Wszystko się zagoiło...
– Co teraz?
– Czekam na sprawę, nie wiem nawet kiedy się odbędzie. Wpłaciłem kaucję, 35 tysięcy złotych. Bardzo mi pomógł Bartek Ława, koledzy ze Szczecina, klub, trenerzy. Wielu osobom zawdzięczam, że w ogóle jestem na wolności.
– Czego oczekujesz po sprawie w sądzie? Jakiego wyroku?
– Chciałbym po prostu, aby zadecydowano o jak najniższej karze.
–Nie czujesz się winny?
– Ja tam byłem, ja kierowałem, czyli jestem winny. Może to nie była tylko moja wina, ale także moja. Ktoś wbiegł mi pod koła, nie miałem szans go ominąć, nie jechałem za szybko. Po prostu nie miałem szans. Gdybym nie miał we krwi tych trzech piw, nie byłoby sprawy. Jednak ja te piwa miałem... Adwokat nie chciał rozmawiać ze mną konkretnie o karach. Mówił tylko, że „będzie dobrze”. Z gazet wiem, co mi tak naprawdę grozi.
– Czytasz gazety?
– Rzadko, bardzo rzadko. Zaraz po wypadku patrzyłem, bo ciągle ktoś miał jakieś gazety. Ale teraz już nie.
Darek znów mówi powoli i zadając mu pytania, trzeba być w miarę delikatnym. Po chwili jednak przysiada się jeden z działaczy Amiki. Mówi między innymi: – Darek, teraz jesteś na wolności, ale grozi ci paka! Dosadne. Tak dosadne, że Dudka aż się uśmiecha, przypominając sobie, jak dyskretnie do tej pory ten temat omijaliśmy.
– Myślisz czasami w taki sposób– że grozi ci paka?
– Myślę, czasem dużo. Gdy rozmawiam o tym z dziewczyną, to od razu mi przerywa i każe zmienić temat... To są najgorsze myśli z możliwych. Jeden dzień spędziłem w więzieniu. Siedziałem z jednym gościem, którego zatrzymano za kradzież. Był mniej więcej w moim wieku. Nie zaprzyjaźniliśmy się. Nie jest to za przyjemne miejsce. Marzyłem, żeby jak najszybciej usnąć. O dziesiątej rano wyszedłem.
– Wyobrażasz sobie spanie w takim miejscu?
– Nie.
– Kiedy oglądasz teraz film ze scenami więziennymi?
– Nie oglądam filmów, nie czytam gazet. Tylko komputer. Staram się odciąć od świata.
– Tylko, że mieszkasz we Wronkach. Więzienie prawdopodobnie widzisz przez okno.
– Nie patrzę tam.
Darek ma na sobie krótką koszulkę, bez rękawków. Rzuca się w oczy efektowny, spory tatuaż.
– Do tej pory z więźniami z Wronek miałeś inny kontakt. Koszą trawę na boisku. Podobno robili wam tatuaże.
–Jeden i mi robił. My, piłkarze, mieliśmy z nimi dobre stosunki. Byli w porządku.
– Jak to było z tym tatuażem?
– Normalnie, płaciliśmy gościowi pieniądze, na przykład bańkę. On szedł na stację benzynową, kupował kilka browarków i wracał. Ręka mu się nie trzęsła. Później jednak musiałem poprawiać ten tatuaż, bo lekko wyblakł.
– Lubisz tatuaże?
– Nie jestem maniakiem. Jak się zrobi jeden tatuaż, to się chce następny. Ale ja powiedziałem stop.
– Ty czy twoja dziewczyna?
– Ja, oczywiście, że ja.
– Twoja dziewczyna ma tatuaż?
– Nie, absolutnie, nie może!
– Jesteś zaborczy!
– (śmiech)
– Opowiedz o swojej dziewczynie.
– Ma na imię Małgorzata. Jest dwa lata młodsza ode mnie, mieszka we Wronkach.
– Jak ją poznałeś?
– Grałem w drużynie w juniorach z jej bratem. Zaprosiła nas na grilla. Tam się poznaliśmy, trzy lata temu.
– To sztuka, znaleźć miłość w małych Wronkach?
– Po pewnym czasie, kiedy poznałem te całe Wronki, pomyślałem: „W życiu tu sobie dziewczyny nie znajdę, w życiu. Trudno, nie będę miał żadnej dziewczyny, po co mi dziewczyna?”. A tu proszę...
– Podobno bardzo zżyłeś się z jej rodziną. Wynosisz babci śmiecie.
–Jak babcia poprosi. Chętnie pomagam, jestem raczej uczynny. Często robię zakupy.
– Na co wydajesz pieniądze?
–Na razie zbieram, raczej nie wydaję. Kupuję płyty, ciuchy. Ja to jak mam coś kupić, to od razu wiem co. Jadę i kupuję. Nie tak, jak moja dziewczyna, która pojedzie, pół dnia będzie coś przymierzała i w końcu nic nie kupi. Już bym czasami wolał kupić wszystko, co przymierza, aby tylko wyjść ze sklepu (śmiech). Zakupów też nie robimy co tydzień. Raz na jakiś czas.
– Kiedy odzyskasz prawo jazdy?
– Nie wiadomo, czy w ogóle. A może za dziesięć lat?
– Chciałbyś już móc jeździć?
– Gdybym miał prawo jazdy, gdyby ktoś mi dał kluczyki, to bym wsiadł i pojechał. Nie czuję strachu przed samochodem, wstrętu. Chociaż nie czuję też potrzeby jeżdżenia. Jest dobrze, tak jak jest.
–Czujesz się dobrym kierowcą?
–Czułem się. Do momentu.
Darek wystarczająco się rozweselił. Powoli znów wracamy do tematu wypadku. Wydaje się, że teraz już łatwiej mu będzie mówić.
– Jak dowiedzieli się o wypadku rodzice?
–Sam zadzwoniłem, około dziewiątej rano ze szpitala. Byli w szoku. Zrobiłem mamie prezent na urodziny... Opowiedziałem wszystko. W szoku byli.
– Daleko mieli do ciebie?
–Sto dwadzieścia kilometrów. Od razu przyjechali.
– Interesowałeś się rodziną ofiary?
– Tak, bardzo. Przez klub i adwokata przeprosiłem za to, co się stało. Powiedziano mi, abym osobiście tego nie robił, bo nie wiadomo, jak ci ludzie mogliby zareagować. Gdy nadejdzie dobry moment, przeproszę sam.
– Miałeś taki moment, że chciałeś zapaść się pod ziemię?
–Tak, miałem. Choćby jak czytałem, co pisała o mnie prasa w Szczecinie. Na przykład, że leżę do łóżka przypięty kajdankami, czy że mam niesamowity dozór policyjny.
– Chętnie zgodziłeś się na wywiad, ale odpowiadasz krótko, jakbyś nie chciał o tym mówić.
–Bo nie lubię do tego wracać. Każdy się mnie pyta o tę sprawę, każdy chce, żebym mu opowiedział. Dlatego unikam ludzi. Chłopaki z drużyny dzwonili do mnie zaraz po wypadku. Są na tyle w porządku, że pomagają mi.
– Jak się czułeś, gdy stanąłeś twarzą w twarz z rodzicami?
– Na początku, gdy przyjechali do szpitala, czułem się głupio. Później już było inaczej, lepiej. W szpitalu musiałem opowiadać o wszystkim. Pytali, co się stało. Wróciłem do domu po tygodniu. Sześć dni byłem w szpitalu, jeden dzień w areszcie.
– Siedziałeś zamknięty w pokoju?
– Starałem się nie opuszczać domu. Mam takie dziwne uczucie, że wszyscy się na mnie patrzą, wszyscy mnie widzą i poznają. Gdziekolwiek jestem. To mnie nie opuszcza. Właśnie dlatego nie lubię publicznych miejsc, bo tam, gdzie nikt nie ma prawa mnie znać, czuję się dziwnie. Jakby wytykano mnie palcami.
– Dodzwonić się do ciebie też jest trudno.
– Telefonów często nie odbieram, nawet specjalnie zostawiam gdzieś komórkę. Wiele osób ma o to do mnie pretensje –„Gdzie ty jesteś? Czemu nie odbierasz?!”. A ja nie odbieram. Dlaczego? Bo nie. Zdarza się, że nie mam ochoty. Z kolei rodzice nie dzwonią na domowy numer, bo mnie nigdy w domu nie ma, tylko w nim śpię. A tak, całe dnie spędzam u dziewczyny. Trening, dziewczyna, trening, dziewczyna, spać. I tak to leci. Zaaklimatyzowałem się we Wronkach znakomicie.
Trzeba wiedzieć, że kariera Darka Dudki przez długi czas układała się wręcz wzorcowo. Zaczął grać w pierwszej drużynie Amiki, gdy miał szesnaście lat. A w ogóle w seniorach, w Celulozie, grał już jako trzynastolatek!
– Gdy poszedłem do Amiki, chwilę spędziłem w juniorach. Później miałem wyjątkowe szczęście. Niespodziewanie wzięto mnie do rezerw, na jeden mecz. Akurat na tym meczu był cały pierwszy zespół. I dostałem zaproszenie do pierwszej drużyny. Myślałem, że tylko na chwilę, żeby zobaczyć, jak to jest.
– Jak zareagowała rodzina?
–Zaczęła się wariacja. Nagrywanie kaset, wycinanie cytatów z waszej gazety. Mam kasety z wszystkich swoich meczów w Amice.
– rzecież zagrałeś aż 46 spotkań w pierwszej lidze. Czyli masz 46 kaset wideo?
– Nie, więcej, bo jeszcze europejskie puchary, Puchar Polski, Puchar Ligi. Jest tego sporo.
– Jesteś jedynakiem?
– Nie, mam brata i siostrę, rodzeństwo jest starsze. Brat jest myśliwym, bardziej go ciągnie do lasu, niż na boisko.
– Paweł Janas jest twoim bratem?
– (śmiech) Nie, to zbieg okoliczności.
– Pamiętasz swój debiut? Miałeś chrzest?
–Oczywiście. Po Superpucharze dostałem niezłe lanie. Trener przełożył mnie przez kolano, a wszyscy bili. Ale to było po zwycięstwie nad Wisłą, więc bólu nie czułem. Pamiętam, że byłem w ogóle w szoku, że zagrałem. Trener wziął rezerwowy skład, ale myślałem, że mnie zabrał tylko po to, żeby miał kto usiąść na ławce rezerwowych. Tymczasem pół godziny przed końcem meczu usłyszałem, że wchodzę. Szok. Na młodzieńczej fantazji się dobrze gra.
– Debiut ci wyszedł?
–Wyszedł. Pamiętam taką piłkę, gdy mogłem wybić na róg, z głowy, z pięciu metrów, a nie wywaliłem, tylko spokojnie podałem do bramkarza, Czesia Michniewicza. Po meczu przyszedł do mnie i pochwalił.
–A później był twoim trenerem.
– Na boisku mówiłem do niego trenerze, a poza boiskiem Czesiu.
–Jak wygląda wejście szesnastolatka do dorosłej szatni?
– Stres. Siadałem w kącie i nie odzywałem się. Specjalnie przychodziłem pół godziny przed innymi, żeby sobie spokojnie usiąść gdzieś z boku, uniknąć wchodzenia do pełnej szatni. Ze dwa lata to trwało, do osiemnastki.
–Trudno było znaleźć kolegów?
– Cały czas kolegowałem się z Pawłem Pęczakiem. Później przyszedł Marcin Burkhardt. Znajomi, znajomi, znajomi. Muszę powiedzieć, że wszyscy mnie dobrze traktowali. Miałem się tylko uczyć od Marka Bajora. Miałem się tylko uczyć...
– Byłeś wielką nadzieją klubu.
–Na młodego zawsze się inaczej patrzy. Osobiście nie czułem się małym gwiazdorkiem, nie byłem nim. Cieszyłem się, że mogę trenować z Pawłem Kryszałowiczem czy Mariuszem Kukiełką. A mecze miałem różne. I dobre, i słabe.
– Uchodziłeś za wielki talent, ale obrońcami zostają najsłabsi, ci, którzy nie mieli dość błysku, by grać w ataku.
– Zgadza się. Sam wolałbym grać w pomocy, ale wszyscy przyzwyczaili się, że jestem obrońcą. Tak samo jak wszyscy wmówili sobie, że jestem lewonożny. A ja jestem prawonożny. Nie wiem, skąd to się wzięło. Zdecydowanie lepiej czuję się po prawej stronie boiska, a ciągle muszę grać po lewej.
– Szybciej dorosłeś niż inni. Ile byś sobie dał lat?
–Tyle, co Grzesiek Król (śmiech). On zawsze powtarzał, że wszystko już przeżył, że w głowie ma już pod trzydziestkę. Fakt, gdybym miał teraz trenować z chłopakami w moim wieku, to nie czuję się ich rówieśnikiem, czuję się starszy.
Darek jest już bardzo doświadczonym piłkarzem i człowiekiem. A już bardzo dużo doświadczył przez zaledwie dwanaście miesięcy. W sierpniu zeszłego roku grał na Konwiktorskiej przeciwko Polonii. Zrobił wślizg, chciał zablokować piłkę. Trzask pękającej kości słyszeli wszyscy wkoło.
– Straszny rok. Od sierpnia do sierpnia. Gdy złamałem nogę, myślałem, że nic gorszego spotkać mnie nie może. W takim wieku zrobić sobie z nogi miazgę... Była miazga, jak nie wiem.
– I to po twoim faulu.
– Tak, to ja robiłem wślizg. Fakt, że gdybym trafił na kogoś innego, a nie na Gołaszewskiego, to może by nic się nie stało. Ale Gołaszewski wiadomo jak jest zbudowany, lekkoatleta, nie odstawił nogi. Na boisku byłem wtedy dziwnej myśli. Zawsze grałem z plastrem wokół kostki, żeby getry mi nie opadały. Wtedy, gdy leżałem, mówiłem do lekarza: „Niech pan mi zdejmie ten plaster, bo strasznie uciska”. Zrobił zaskoczoną minę i spytał, o co mi chodzi. Następnie przewieziono mnie do szpitala. No, może nie tak od razu. Najpierw leżałem w karetce, ale ta karetka nie chciała mnie zabrać, bo podobno nie mogła opuszczać stadionu. Trzeba było wezwać inną.
– Pojechałeś do Niemiec.
– Na operację, byłem tam chyba półtora miesiąca. Gdy zrobiono mi prześwietlenie, kości wyglądały jak puzzle. Miazga. Założono mi dziewięć śrub i szynę. Co ciekawe, przed operacją wszyscy mówili, że będzie dobrze. A gdy potem się okazało, że naprawdę będzie dobrze, to byli w szoku. Nie wierzyli, że się uda. Później, po sześciu miesiącach, jeździłem na wyciąganie tych śrub z nogi. Po następnych dwóch miesiącach kolejny zabieg. Miałem jakiś odprysk w kości. Pojechałem na czyszczenie stawu.
– Teraz z nogą wszystko w porządku?
– Jest grubsza, bo kości się inaczej zlały. Po ostatnim zabiegu mówiono, że opuchlizna będzie schodziła nawet pół roku. No i przed każdym treningiem muszę dobrze rozruszać nogę.
– Ta złamana noga może naprawdę zaszkodzić ci w karierze?
– Może, skoro jest grubsza, będę lepiej trafiał w piłkę! Nie, nie będzie źle. Nie czuję wielkiej różnicy między lewą a prawą nogą.
Niespodziewanie spotykamy Bartosza Ławę, to z nim Darek był na dyskotece feralnej nocy. – O, co tam? – pyta Ława. Bartek dosiada się do stolika. Też ma swoje problemy. Kolejną kontuzję, która uniemożliwi mu grę w nadchodzącej rundzie. –Tutaj mi się wszystko rozlało, pękło – pokazuje palcem. Trzyma w ręku wezwanie do prezesa klubu.
– Boisz się zbliżającego się sezonu? – pytamy Dudki.
–Cieszę się nim. Nie wiem, czy będę grał, ale marzę o tym.
– Nie boisz się właśnie tego, że będziesz musiał zagrać?
–Właśnie to mnie cieszy.
–Być może pojedziesz na mecz, gdy na trybunach będzie dziesięć tysięcy bardzo wrogo do ciebie nastawionych osób. Będą ci przypominali o wypadku.
– Jestem na to przygotowany. Zniosę to.
– Spotkała cię już taka niemiła sytuacja, gdy ktoś przypomniał wypadek, wyzywał cię?
– Jeszcze nie, na razie nie. Ale wiem, że się kiedyś zdarzy. A co wtedy? Skrucha. Skrucha musi być. Głowa w dół.
Darek znów patrzy przez szybę. Przez ponad godzinę porozmawialiśmy niemal o wszystkim. To była trudna rozmowa, dla obu stron. Młody piłkarz celująco zdał egzamin. Nie jest typem człowieka, który wczoraj miał jeden wypadek, a jutro spowoduje kolejny. Niezależnie od wyroku, największą karę już dostał – nie od sądu, ale od życia. Już jest po resocjalizacji.
– Po co w ogóle udzielasz wywiadów?
– Nie chcę być odbierany jako dziwak, który odciął się od świata. Chce normalnie funkcjonować i być normalnie odbieranym. Stało się. Ale ja chcę normalnie żyć. Zawaliłem sprawę, wiem. Chcę nadrobić.
– Chciałbyś coś dodać?
– Chciałbym podziękować trenerowi, prezesowi, kolegom, rodzicom, rodzicom mojej dziewczyny. No i dziewczynie. Chciałbym przeprosić. To wszystko.
|
Robert Dymkowski najlepszy napastnik POLSKI
|
|